Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żaglami. Wszystko nas obecnie zajmuje, szczególniej zaś łowienie ryb na wędkę.
— Panie Kazallon — rzekł do mnie Andrzej po kilkodniowym pobycie na nowym statku — zdaje mi się, że znów wróciliśmy do tych dni pełnych spokoju, spędzanych na skale Ham-Rock.
— Masz racyę, mój Andrzeju.
— Jednak dodałbym, że tratwa ma znakomitą przewagę nad skałą, mianowicie, że posuwa się ciągle.
— Dopóki wiatr sprzyja, mój Andrzeju, przewaga jest rzeczywiście po stronie tratwy, ale niechże się zmieni!
— Eh, panie Kazallon, miejmy nadzieję, nie upadajmy na duchu.
Otóż wszyscy łudzimy się nadzieją i zdaje się, żeśmy już przebyli wszelkie próby. Przyjazne okoliczności choć chwilowe wracają nam spokój i ufność w lepszą przyszłość.
Nie wiem, co się dzieje w duszy Kurtisa, nawet nie wiem, czy podziela nasz spokój. Najczęściej trzyma się na uboczu. Ten człowiek czuje cały ogrom ciążącej na nim odpowiedzialności. Jako dowódca powinien ocalić życie nie tylko sobie, ale i każdemu z nas. Znając go, wiem, że w ten sposób pojmuje swoje obowiązki.
Majtkowie po całych prawie dniach śpią