Strona:Juliusz Verne - Przygody na okręcie Chancellor.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


doskonale spali całą noc. Panna Herbey od dawna pierwszy raz spokojnie spoczywała; twarz jej, straciwszy wyraz zmęczenia, zyskała wiele na właściwym sobie uroku. Jesteśmy poniżej jedenastego równoleżnika. Słońce błyszczy w całym blasku na niebie, ale za to dokucza nam upał okropny. Powietrze jest zmieszane z parą, unoszącą się nad morzem. Żagle zwieszone, niekiedy tylko nadymają się i pod wpływem słabego wiatru. Kurtis i bosman po pewnych znakach dostrzegalnych tylko dla marynarzy, poznali, że prąd unosi nas ze trzy mile na godzinę ku wschodowi. Byłaby to nadzwyczaj szczęśliwa okoliczność, mogąca wpłynąć na skrócenie naszej żeglugi. Oby więc kapitan i bosman nie mylili się, tembardziej, że przy tak silnym upale małe porcye wody zaledwie są w stanie zaspokoić nasze pragnienie. Pomimo to od czasu porzucenia »Chancellora«, a właściwie mówiąc bocianich gniazd na jego masztach, położenie nasze rzeczywiście się poprawiło. »Chancellor« w każdej chwili mógł zatonąć do reszty, tutaj zaś nie mamy potrzeby tego się lękać. To też i zdrowie nasze znacznie się poprawiło. W dzień przechadzamy się, rozmawiamy, spieramy się nawet, patrząc na morze. W nocy śpimy, przykryci