Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wała jej tysiące niebezpieczeństw. Trudno wyrazić, co biedna kobieta przez długie te godziny przecierpiała.
Fix ciągle nieruchomy siedział na swem miejscu. On także nie spał.
Tak przeszła noc. Z brzaskiem dnia tarcza słoneczna ukazała się na horyzoncie, oko więc mogło błądzić po dwumilowej przestrzeni. Phileas Fogg ze swym oddziałem udał się w kierunku południa. Była już 7-ma rano, a na drodze zupełnie pusto.
Kapitan zaniepokojony do najwyższego stopnia, nie wiedział, co czynić. Miał poświęcić nowych ludzi dla uratowana tamtych? Po krótkim namyśle zawołał swych oficerów dla wydania rozkazu, gdy od strony południa usłyszano wystrzały. Żołnierze wyskoczyli z fortu i o pół mili zauważyli małą garstkę wracającą w porządku.
Pan Fogg szedł na czele, a obok niego Obieżyświat i dwaj podróżni, wyswobodzeni z rąk Sioux. Kilka chwil przed przybyciem oddziału, Obieżyświat i jego towarzysze walczyli przeciw dzikim; Francuz pięścią zabił już trzech, gdy pan jego z żołnierzami rzucili się im na pomoc. Wybawionych i zbawców przywitano okrzykami radości, a Phileas Fogg rozdzielił żołnierzom przyrzeczoną nagrodę. Obieżyświat powtarzał nie bez słuszności: