Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wolno ciągną się godziny w podróży, nieprawdaż panie?
— W samej rzeczy — odparł dżentelman — ale przechodzą.
— Na statku — ciągnął dalej inspektor — zwykłeś pan grać w wista?
— Tak — odparł pan Fogg — ale tutaj będzie trudno, gdyż nie mam ani kart ani partnerów.
— O, co do kart, można je kupić, sprzedają we wszystkich wagonach amerykańskich, a co do partnerów, gdyby pani zechciała?...
— Chętnie — żywo odparła pani Aouda — gram w wista; wchodzi on w zakres wychowania angielskiego.
— Wmawiam sobie, że gram dobrze — rzekł agent.
— A to doskonale — rzekł pan Fogg uradowany, iż będzie mógł oddać się grze ulubionej.
Obieżyświat został wysłany i wrócił wnet, niosąc dwie talie kart, szczoteczki, marki i tacę pokrytą suknem. Gra się rozpoczęła. Pani Aouda grała nieźle, zasłużyła nawet na pochwałę surowego pana Fogg. Co się tyczy inspektora, był to gracz doskonały, godny partner dżentelmana.
— No, teraz — rzekł do siebie Obieżyświat — mamy go. Nie ruszy się z miejsca.