Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pociąg dość wolno posuwał się naprzód. Z przestankami nie robiono więcej jak 20 mil na godzinę; pomimo to jednakże liczono na przybycie w oznaczonej godzinie do Stanów Zjednoczonych.
W wagonie zapanowała cisza, gdyż sen ogarniał pasażerów. Obieżyświat siedział naprzeciw inspektora policyi, ale nic do niego nie mówił. Stosunek ich po ostatnich wypadkach znacznie się ochłodził. Żadnej sympatyi, żadnej poufałości. Fix nie zmienił swego postępowania, a Obieżyświat zachowywał się względem niego zupełnie obojętnie, gotów przy najmniejszem podejrzeniu udusić swego dawnego przyjaciela.
W godzinę po odejściu pociągu spadł śnieg drobny, nie tamujący komunikacyi. Z okien wagonów widziano ogromną białą płachtę, na której kłęby pary wydawały się szarymi.
O godzinie 8-mej konduktor wszedł do wagonów i zapowiedział, iż godzina snu nadeszła. W kilka minut wagon zamieniony został w sypialnię. Ławki, zamienione w wygodne łóżka, a gęste firanki chroniły śpiącego od niedyskretnych spojrzeń. Białe prześcieradła i puchowe poduszki nęciły każdego i nasi podróżni ułożywszy się, wnet zasnęli, a pociąg całą siłą pary pędził do Stanów Kalifornii. Około północy podróżni zbliżyli się do Sacramento. Nie