Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzielającą dużą wyspę Formozę od brzegu chińskiego i przeciął zwrotnik Raka. Morze w tem miejscu było bardzo przykrem, pełnem miału, sformowanego przeciwnymi wiatrami. Statek przechylał się z boku na bok. Trudno było utrzymać się na pokładzie.
Z nadejściem ranka wiatr stawał się silniejszym. Przytem barometr zwiastował blizką zmianę pogody, dzienny jego obrót był nieregularny i rtęć wahała się kapryśnie. Widziano, jak morze wzdymało się kapryśnie od południo-wschodu dużymi bałwanami i czuło się zbliżającą burzę. W wigilię dnia tego słońce zaszło w czerwonej mgle pośród lśniącego fosforycznie oceanu.
Sternik badał długo ten nic dobrego nie wróżący wygląd nieba i mruknął coś niezrozumiałego przez zęby, a znalazłszy się koło swego pasażera, rzekł:
— Czy mogę wyjawić wszystko Waszej Wysokości? — spytał cichym głosem.
— Wszystko — odparł Phileas Fogg.
— Otóż będziemy mieli silny wiatr.
— Czy przyjdzie z północy, czy z południa? — spytał pan Fogg.
— Z południa. Spójrz pan. To typhon nadciąga.
— Jedź na typhon, a ten nas rzuci we właściwą stronę — odrzekł pan Fogg.