Strona:Juliusz Verne-Podróż naokoło świata w 80-ciu dniach.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeśli pan każe — odparł sternik — nie mam nic więcej do nadmienienia.
Przeczucia Johna Bunsby nie omyliły go. O mniej wczesnej porze roku typhon, mówiąc językiem meteorologa, przelatuje jak świecąca kaskada płomieni elektrycznych, ale podczas zimowego zrównania dnia z nocą można było obawiać się jego gwałtowności.
Sternik przedsięwziął wszelkie środki ostrożności.
Ściany statku były sumiennie zbadane i zaopatrzone, by ani jedna kropla wody z zewnątrz nie dostała się do wnętrza. Jedyny żagiel trójkątny z mocnego płótna rozpięto, by utrzymać równowagę.
John Bunsby zaproponował pasażerom zejść do kajuty, lecz ciasna przestrzeń powietrza nie nęciła ich wcale, woleli więc pozostać na pomoście.
Około godziny 8-mej zerwał się silny wicher i spadł ulewny deszcz. »Tankadere« wraz ze swym jedynym żaglem podniesiony wiatrem, mknął jak piórko, z szybkością trudną do opisania. Cały dzień statek pędził w stronę północy, unoszony przez olbrzymie bałwany, zachowując na szczęście jednakową prędkość. Ze dwadzieścia razy góry wodne piętrzyły się za statkiem, ledwie go nie zalały, ale za każdym razem zręcznym ruchem sternik unikał