Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ah! zawołał Johnson, gdyby to pan Clawbonny był z nami!
— I Cóżby on tu poradził, rzekł Altamont.
— Niewiem coby zrobił, ale pewny jestem że potrafiłby nas wyratować.
— Ale jakimże sposobem, zawołał Amerykanin zniecierpliwiony.
— Żebym to ja wiedział, odrzekł Johnson, to byśmy się i bez niego obeszli. Jednakże wiem, że jednę radę dałby nam z pewnością w tej chwili.
— Jaką?
— Abyśmy co zjedli, bo jesteśmy bardzo głodni. Cóż ty na to panie Altamont?
— Jedzmy, odpowiedział tenże, kiedy tak chcecie, chociaż to bardzo głupie i upokarzające położenie.
— Ręczę, powiedział Johnson, że po obiedzie znajdziemy jakiś sposób wydobycia się z biedy.
Johnson wychowany w szkole doktora, w nieszczęściu usiłował być filozofem, ale mu to jakoś nie szło, i dławił się własnemi żartami. Więźniowie w coraz przykrzejszem byli położeniu; w mieszkaniu tak hermetycznie teraz zewsząd zamkniętem, powietrze stawało się dusznem, a nie mogło się odświeżyć przez otwór komina, gdyż i tam przeciąg był niewielki. Należało się nawet oba-