Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Częste w tym przedmiocie rozmowy prowadził z Johnsonem, a stary marynarz w zupełności podzielał zdanie doktora; szukali oni sposobów wyjścia z trudności i przewidywali liczne w przyszłości kłopoty.
Tymczasem pogoda była jak najgorsza, ani na chwilę nie można było wydalić się z Domu Doktora; wszyscy nudzili się okropnie, jeden tylko Clawbonny zawsze potrafił znaleźć sobie zajęcie.
— Czyż niema sposobu rozerwać się jakkolwiek? zapytał nareszcie pewnego wieczora Altamont. Żyjemy tu jak gady zasypiające na zimę — czyż to życiem nazwać można?
— Niestety! odpowiedział doktór, za mało nas tu jest, abyśmy mogli urządzić systematyczne jakieś rozrywki!
— Sądzisz więc doktorze, że łatwiej byłoby zwalczać nudy i znieść taką bezczynność, gdyby nas było więcej?
— Zapewne. Wiadomo, że gdy całe osady zimowały na morzach północnych, to nie doznawano takich jak my nudów.
— Ciekawy byłbym wiedzieć, rzekł Altamont, jak sobie radzono? trzeba było prawdziwego ge-