Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zywał się z niem głośno, najbardziej go trapiła przymusowa bezczynność.
Gorąco pragnął on doczekać się odwilży, dla rozpoczęcia na nowo wycieczek, choć z drugiej strony obawiał się tej chwili, mogącej sprowadzić ważne pomiędzy Hatterasem i Altamontem nieporozumienia. Gdyby udało się dotrzeć do bieguna, do czegóżby doprowadzić mogła rywalizacya tych dwóch ludzi!
Wypadało więc być przygotowanym na wszelki przypadek, przysposobić tych współzawodników do porozumienia się szczerego w danym razie, do otwartego zwierzenia się ze swych myśli i projektów. Ale pogodzić Amerykanina z Anglikiem, dwóch ludzi, których właśnie wspólność pochodzenia tem zawziętszymi na siebie czyniła, z których jeden przesiąknięty był dumą wyspiarską, a w charakterze drugiego przebijał zmysł spekulacyjny, przebiegłość i zuchwałe brutalstwo — pogodzić dwa tak sprzeczne żywioły, to zadanie nie lada!
Myśląc o tem zawziętem współubieganiu się ludzi, o tej walce narodowości, doktór nie wzruszał ramionami, bo nigdy tego nie czynił, ale smucił się widokiem ludzkich słabości.