Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja zaś przeciwnie, powiedział Altamont, czuję rosnący w sobie wstręt do mięsa foki. Możemy zaraz przekonać się o naszych usposobieniach, bo jeśli się nie mylę, to widzę na lodzie rozciągniętą jakąś ruszającą się masę.
— Cielę morskie! zawołał doktór, baczność! ostrożnie naprzód!
I rzeczywiście, ogromny zwierz ziemnowodny leżał na lodzie, w odległości dwustu yardów (około 320 łokci) od podróżnych, wylegając się rozkosznie na słońcu.
Trzej myśliwi rozeszli się w taki sposób, żeby otoczyć zwierzę ze wszech stron i przecięć mu drogę do ucieczki; tak idąc i kryjąc się poza wyniosłościami, zbliżyli się do niego i dali ognia.
Zwierzę rzucało się w podskokach, usiłowało zdruzgotać lód by dostać się do wody, lecz Altamont rzucił się na nie z siekierą i przeciął mu płetwy na grzbiecie; próbowało na chwilę obrony, lecz nadaremnie — aż nowe strzały położyły je, broczące się we krwi własnej.
Zwierz ubity był niezwykłej wielkości, miał bowiem około 15 stóp długości od chrapu do końca ogona, i niezawodnie byłby wydał kilkanaście baryłek tłuszczu.