Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Powyrzucał to wszystko i powiedział matce, że teraz „z siebie pracuje“.
Co to była za praca „z siebie“ nie rozumiałem oczywiście, w każdym razie jedno jest pewne: nie kupowano tego! Może dlatego, że ojciec nie wykańczał? Zaczął jedno, drugie, wysilał się, mordował, tarł temi glaspapierami drzewo, sam wszystko lepił, odciski sobie ponabijał na rękach i na palcach, a tymczasem w domu zrobiła się najprzód bieda, a potem skrajna nędza.
Nie mogę sobie teraz przypomnieć, jakiemi to poszło drogami, nikt właściwie nie wie przecież, w jaki sposób dzieje się taka rzecz, — ale tak jakoś wypadło, że wtedy jedyną moją ucieczką czy nadzieją stał się nasz nowy katecheta. Może poprostu dlatego, że był podobny do naszych świętych z tych jeszcze dawnych dobrych czasów?!
Prałat — więc miał na ramionach pelerynkę zgrabną, króciutką. Był tłuściutki, okrągły, ręce różowe, jakby wycięte z gruszki, ozdobione migdałowemi paznogciami. Mówił dużo, słodko. Zdawało się chwilami, że nawet ślinę ma słodką. Pachniał lepiej jeszcze, niż klejem, — z każdego fałdu sutanny wychylał się rąbek fioletu, pomieszany z perfumą.
Uważałem, że muszę mu wszystko powiedzieć. Co to miało być „to wszystko“, nie wiem i nie pamiętam. Byłem u niego u spowiedzi, rozpłakałem się. Mówiłem o drzewie, o świętych. Wiem, że się skarżyłem, że już stolarz do nas nie przychodzi z czapką w ręce, i że mama szyje bluzki, a nie umie. Opowiadałem, że gdyby były zadania szkolne z religji,