Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


widziałby, jak ładnie piszę i że powinienem pomóc rodzicom. Ze się modlę, ale to nic nie pomaga.
Dał mi rozgrzeszenie, zadał jakąś niedużą pokutę, a w parę dni później wywołał mnie z klasy i powiedział, że się mylę, że nigdy niczego nie trzeba rozstrzygać za Pana Boga. Że „właśnie“ modlitwa moja została wysłuchana. Widział moje wypracowania w kancelarji, mam ładny charakter pisma, powinienem się starać, żeby za charakterem pisma poszła także dusza, wobec czego on, nasz katecheta, — weźmie mnie do siebie na sekretarza!
Dostawałem za to kilkanaście koron miesięcznie i codziennie podwieczorek. Byłem sekretarzem prałata. Wydało mi się, że ja, właśnie ja dopełniam tego czego brakowało, aby „nasz ksiądz“ był równie doskonały i piękny, jak święci mego ojca. Katecheta nasz bowiem był krótkowidzem, nosił szkła w złotej co prawda oprawie, — ale powiedz, czy, kiedy się ma trzynaście lat, — mogą być święci w okularach!?
Praca sekretarska w ślicznem mieszkaniu, gdzie krzyż z hebanu (wiedziałem, jak drogie jest takie drzewo) wisiał na atłasowej makacie tureckiej (dla upokorzenia półksiężyca), gdzie na nocnym stoliku leżały pachnące gładką skórą brewjarze, przetykane jedwabnemi haftami, gdzie przy piecu stał klęcznik aksamitny, mahoniowy, wykładany masą perłową, a na stolikach oglądać mogłeś mnóstwo fotografii świętych miejsc, albo nawet przez dioskop fotografje Ziemi Świętej, otóż powiadam, praca sekretarska była dla mnie niebem!
Cóż, że nie czułem się godny tego nieba? Że w na-