Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rat! Odświeżyć się, — Przeniewski uważał, że mu powierza Barcz „czas odpływu“, zsyłając żonę nadół. — Pogustować w tej radości, którą — jeszcze gorącą — złapać będzie można na ulicy!
Przyświadczyła drgnięciem sinych powiek — Chodźmy, proszę pana, odrazu, i jedźmy daleko.
Zdało się Jadzi, że nie prowadzi jej Przeniewski, lecz, że ona daje mu się prowadzić. Że mu się daje otulić pledem w samochodzie.
Że teraz i całe życie dawać się będzie komuś niepotrzebnie... A Stach — pośród warczenia motoru, wykrzykiwany przez ulicznych chłopców, drukowany w pośpiesznych dodatkach — już całe życie oddalać się będzie i znikać...
Jechali Krakowskiem Przedmieściem, mimo kościoła Świętego Krzyża, i prosto, koło zagłębionego w sztywnem podwórku Domu Głuchoniemych.
— Są dzieci głuchonieme na świecie, — przechyliła się ku Przeniewskiemu, którego na zawołanie okryła zbożna troska.
— Tu będzie Sejm, — krzepił czułość Jadzinego serca, wskazając słoneczną głębię ulicy Wiejskiej, — tu będą radzić i o nas, i o dzieciach.
Mknęli dalej między śnieżnem futrem Alei Ujazdowskich, mijając dostatnie rezydencje.
Nie chciała tych pałaców, ani tak wiele słońca.
Wolała Stare Miasto i jakiś kąt zapadły, niechby tylko wapnem tynkowany. I niech za całą ozdobę czeka na stole wyschnięta gałązka sośniny, — ale niech w tym jednym pokoju kwitnie szczęście...