Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Już i tak się spóźniłam, niech mnie pan odwiezie do mego teatrzyku, do redemptorystów.
Oparła się o ramię Przeniewskiego ufnie i biernie. Uznał swoje położenie za nader skomplikowane i odpowiedzialne. Nie wiedział, czy pocieszać ma tylko, czy też w cudze pantofle, ciepłe jeszcze, co żywo wskakiwać?...
Wybrał drogę pośrednią i kiedy wracali do redemptorystów, przymierzał się badawczo do ramienia Jadzi ramieniem, to udo starał się do obwodu jej uda sąsiedzko dopasować, to wreszcie, wymowę słów za niedość wypukłą mając, — popierał rękami, które niejako same w oddanej chwalbie barczowskiego czynu, jużto na mufkę, już to na niedość okryte kolana Jadzi, czy dłoń, czy które bądź miejsce jej postaci padały.
Czyniąc tak, roztkliwiał się nad sobą. Bo jeżeli postanowiono wyżej, — to oczywiście nie cofnie się... Poświęciwszy wszystkie względy, pojmie ją nawet za żonę. Dla przyjaciela, — dla sprawy. Zdobędzie misję zagraniczną, „żonę rozchoruje“, a sam będzie „działać w dyplomacji“. Względnie, na wypadek Jadzinej śmierci, — z czarną przepaską żałoby, jako bolejący dyplomata w Pirenejach —
Odsuwała się z pod jego dotknięć w kąt samochodu, upokorzona. Pośpiech nieszczęścia przynosił jej oto myśl, że nic już nie zostało! Tylko wstrętne piętna cudzego ciepła na kolanach, ramieniu, biodrach. Lecz, gdy stanęli przed szklanym daszkiem redemptorystów:
— Bardzo panu jestem wdzięczna, śliczna przejażdżka i taki piękny poranek.