Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Postanowił odbić się od tego wszystkiego kilkoma rzutami lekceważących uśmiechów.
A gdy uznał, że udało mu się już całkowicie przykry wypadek zażegnać, pochylony nad czerwieńszem od generalskiej klapy mięsem jął streszczać przebieg tej nocy, która — miał nadzieję, przylgnie w umyśle Jadzi do niewyczerpanych i koniecznych okruchów „wielkiej drogi“.
— Nie pijesz tej kawy? — zakończył opowiadanie. Aby trochę ugłaskać żonę zwierzył się z „prywatnego“ swego planu. Nie będzie nadal mieszkać w hotelu. Musi poszukać jakiegoś solidnego „rodzinnego“ mieszkania, na mieście, gdzieby znów nie tak łatwo mogły uzbrojone draby —
— A nieuzbrojone?... — tchnęła Jadzia ciemnemi jak kurz wargami.
Drżące, powolne słowa przeszły cicho, milczenie rodząc zupełne.
Barcz wzruszył energicznie ramionami.
Wstała. — Płaszcz, — kapelusz, — woalka, — rękawiczki.
W hallu wyszczerzył się ku niej Przeniewski. Odpowiedziała resztkami uśmiechu. Margrabia pokazał otrzymane dla generała bilety gratulacyjne. — Przez tych kilka minut jaka fura, — skandował, — dokonać takiego przewrotu bez krwi rozlewu! Wielkie hasło!!
— Wielkie hasło, — roześmiała się Jadzia.
Przypochlebnemi oczyma wertując jej twarz w poszukiwaniu śladów małżeńskiego spotkania: — Terazby najlepiej przejażdżka! Odświeżyć się. Mam auto aku-