Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Generał Barcz.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



V
NA WŁASNYM GRZBIECIE

Zdawać się mogło, że to podniosła zgoda tryska srebrnemi słupkami pary z ust towarzystwa, na wjazdowym tarasie Jedwabna, i że to ona właśnie raz po raz znika skromnie w błękitnych cieniach amfilady.
Zebrani patrzyli niewyspanemi oczyma na roziskrzony dzień, na przezroczyste łatki fioletu i pomarańczowe strzępy światła we wnękach starych modrzewi.
Między panami królowała Pesteczka, niby w długie kożuszki słodkiej śmietanki schowana w miękkie zwoje gronostajów. To przy cynobrowym Krywulcie, okrytym w brunatne niedźwiedzie, bluzgał jej śmiech wesoły, to przy Dąbrowie, omroczonym burką sławucką, perlił się, to spływał falami rzewnego rozmodlenia dokoła postaci Barcza.
Generał Barcz tupał ochoczo na mrozie, nie chcąc dać stopom zamarznąć, oraz pragnąc, aby mu się ubiły nareszcie jakoś w żołądku fenomenalne ilości „strassburga“, zjedzonego na śniadanie.
Pod klombem, w malusim wąwozie rozmiecionej ścieżki, przez festony niebieskiego cienia, nakrapiane