Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


omal pasa sięgające, od czasu wyjazdu z Gdyni nietykane brzytwą brody. Wogóle starać się jak najmniej wyglądem swym przypominać piratów. Załoga szalupy w pogotowiu. Prawdopodobnie nie później, niż za dwie godziny, zakotwiczamy się. Rozejść się.
Część załogi rzuciła się do umywalni, druga część do międzypokładu, gdzie zachlupotało mydło, rozsmarowywane po obliczach brodaczy, poszły w ruch wydobyte z czeluści szafek brzytwy i zatrajkotały radośnie maszynki do strzyżenia. Fryzjera nie było, więc strzygli koledzy kolegów. Niektórzy czynili to nawet bardzo wprawnie, zyskując ogólny szasunek i uznanie, ale nie brakowało i partaczy. Ja miałem nieszczęście trafić w ręce oprawcy, który ostrzygł mnie tak ohydnie, że przed otrzymaniem urlopu na ląd dawać musiałem słowo oficerowi służbowemu, że nigdzie nie będę zdejmował czapki.
Po upływie pół godziny całe dostojne towarzystwo, czysto ubrane, umyte i ogolone, wyległo na pokład i wylot lunety znów skierował się na bliską już zupełnie wyspę. Zresztą już gołem okiem rozróżnić było można białe plamki domów na tle obfitej zieloności. Białe plamki te zgęszczały się w pewnem miejscu u podnóża wielkiej góry, tworząc wielką białą plamę — Port Funchal. Wiatr osłabł, gdyż weszliś-