Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Wiał rześki baksztag. Płynęliśmy pod wszystkiemi żaglami prócz bom-bramów. Po sterburcie w odległości dwóch mil morskich widniała wyspa Porto Santo z wznoszącą się na cyplu skalnym latarnią, której z takim upragnieniem wypatrywaliśmy zeszłej nocy. Nieco dalej od Porto Santo po bakburcie widać już wielką, pustynną skałę, zlekka tylko przebłyskującą gdzie niegdzie zielonością. Jest to wyspa Deserto Grando, od której do Madery, ściślej mówiąc do Portu Funchal, który był celem podróży szkolnego barku „Lwów“, zostaje 30 mil. Jakoż po godzinie, gdy wyspy te zostały za rufą, na widnokręgu ukazała się już przeszło od miesiąca oczekiwana przez nas z utęsknieniem portugalska wyspa Madera. Przyjemne zajęcie liczenia palm na stokach górskich Madery, oglądanych przez lunetę, do której ustawiła długa kolejka ciekawych, przerwał gwizdek ucznia, pełniącego służbę bosmańską. Zbiórka. Na grota — luk wszedł starszy oficer. Umyć się. Ubrać się w czyste drelichy. Zgolić długie, nie-