Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jedno. Jeśli tylko weźmiecie pod uwagę teorję Forela o rozmnażaniu się karpi, nie spuścicie oka z wagi trzyletniego wieloryba, oraz nie zaniedbacie obliczyć przyrostu nieślubnych dzieci na naszem wybrzeżu — dojdziecie do wniosku, że to wszystko jedno.
Potężny ryk i rechot były odpowiedzią na słowa „starego wilka morskiego“.
— Te, warjat! Nasyra! — rozległy się piskliwe, roześmiane głosy podmalowanych kobiet.
Młody człowiek, który rozmawiał z nami poprzednio, drgnął, zmarszczył brwi i energicznym krokiem podszedł do admirała.
— Proszę — rzekł głośno i stanowczo — proszę iść do swojego pokoju i zabrać tam gości. Bal się odbędzie w salonach reprezentacyjnych stoczni.
— A, tak, tak, naturalnie, że tak, — zatrwożył się pan Alfjan — oczywiście, gdzieżby indziej, w salach reprezentacyjnych… proszę… proszę… proszę bardzo do salonów… proszę za mną.
Ruszył przodem do przedpokoju, a za nim zaczęli się przepychać marynarze, posępni cywile z rękoma w kieszeniach kraciastych spodni i rozchichotana, zawadjacka gromada ulicznych dziewek. Staruszka gospodyni, patrząc na ten oryginalny pochód,