Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zaśmiał się i gospodarz, tylko trochę ciszej i jakby przez grzeczność. Z oczu zaś jego wyzierała dławiona złość i rozpacz.
Wśród śmiechu nie słyszeliśmy, jak skrzypnęły drzwi, to też drgnęli wszyscy, gdy za nami odezwał się głos:
— Cześć, marynarze!
W drzwiach stał „admirał“ Alfjan, zaś ztyłu za nim widać było dość pokaźną gromadkę jakichś wymalowanych kobiet i podejrzanych indywiduów płci męskiej.
— Bardzo mi miło i bardzo przyjemnie — począł mówić pan Alfjan, przykładając rękę do serca — bardzo mi przyjemnie i ogromnie miło. Jak widzimy więc, cała załoga krążownika „Nadzieja“ stawiła się w komplecie na bal, który wydaje admirał Alfjan, stary, zasłużony komendant. Ogromnie mi miło i bardzo przyjemnie.
Nasza banda, która na chwilę zacichła, znów się zaczęła dusić ze śmiechu.
— My jesteśmy ze Szkolnego statku „Lwów“ — rzekł jeden — a nie z jakiegoś tam krążownika „Nadzieja“.
— To wszystko jedno — odparł z powagą pan Alfjan, wznosząc uroczyście palec do góry, — wierzajcie staremu wilkowi morskiemu, że to wszystko