Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nocy już od dwóch tygodni, czyli od chwili zakończenia poprzedniego balu.
Młody gospodarz uśmiechnął się cierpko.
— Wtedy, proszę panów, był to „bal młodych marynarzy sygnalistów“. Bo trzeba wam panowie wiedzieć, że arcymiły brat mój urządza bale morskie regularnie co dwa tygodnie. W przerwie zaś zbiera składki dobrowolne, oraz ściąga podatek przymusowy (od domowników oczywiście) na budowę krążownika „Nadzieja“, na którym dureń ten ma być dowódcą. Krążownik ten już jest w budowie. Robota idzie sprawnie i gładko: stoły, krzesła i łóżko są już porąbane. Gdy pod ciosami siekiery legnie moja piękna dębowa szafa, wtedy, zdaje się, krążownik będzie gotów i można będzie przez czas jakiś odetchnąć.
— A o łodzi podwodnej pan zapomniał? — zawołała płaczliwym głosem stojąca za nami staruszka.
— O Boże, Boże — młody człowiek tragikomicznie machnął ręką — na śmierć zapomniałem, że rząd powierzył mojemu bratu budowę największej w świecie łodzi podwodnej.
Koledzy moi, którzy już od dłuższego czasu hamowali się, w miejscu tem huknęli potężnym śmiechem.