Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wśród nich, stojąc obok siebie, znajdowali się dwaj nasi znajomi z pociągu. Komendant długo nie przychodził. Starsi uczniowie mówili, że przebiera 
się w mundur, bo na statek przyjechał w cywilu.
Nareszcie przed szereg na grota-luk wszedł komendant.
Wszystkie oczy zwróciły się na tego boga na pokładzie okrętu.
Nagle w ciszy, która zapadła, rozległy się dwa okrzyki przerażenia.
Wydarły się one z piersi marynarzy, którzy opowiadali nieznajomemu w wagonie owe przedziwne historje o burzach, wyspach i dzikich Indjanach.
Ów nieznajomy, obecnie w mundurze oficera marynarki, był komendantem szkolnego okrętu.
Ciarki przeszły po skórze grubego.
— O Boże — pomyślał — a ja nazwałem go „drabem“. Da mi teraz bobu!
Po krótkiej przemowie do nowowstępujących, komendant wywołał dwóch przyjaciół przed front.
— Polecam — zwrócił się do oficerów i starszych uczniów — to są już doświadczeni marynarze. Opowiadali mi w pociągu o swych dziwnych
 przygodach na morzach dalekich.
— Dać im teraz kubły z wodą i szczotki; jako