Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak, była to piękna Indjanka — mruknął.
— I cóż się stało dalej — nie wytrzymała młoda dama — został pan wodzem?
— A jakże, przybrałem sobie przezwisko Nihoheto Oe, co znaczy „rysi pazur“, i panowałem cztery tygodnie.
— Później wszelako na rozkaz tego draba, komendanta, wrócić musiałem na okręt i jechać razem z nimi do Polski. Howg — po indyjsku znaczy — 
rzekłem. Wszyscy wodzowie w ten sposób kończą swoje przemowy.
— Dziwna historja, przysięgam Bogu — mruknął znów nieznajomy. A ot już i Gdynia. Do widzenia, panowie. Mam nadzieję, że się w krótkim czasie zobaczymy.
Pociąg rzeczywiście wjeżdżał na stację w Gdyni.
Pan w cyklistówce wziął walizkę i wyszedł na korytarz.
Marynarze włożyli czapki, zabrali walizki i, rzuciwszy ostatnie, zalotno-dumne spojrzenie pięknej współtowarzyszce podróży, wyskoczyli z wagonu na peron.

Na pokładzie szkolnego okrętu ustawieni w dwuszereg, oczekiwali ukazania się komendanta nowowstępujący do Szkoły Morskiej.