Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Głupstwo. Daliśmy sobie radę. Zpoczątku to rzeczywiście chcieli nas te dranie oskalpować, ale później złagodnieli i przekonaliśmy się, że to nawet bardzo sympatyczni ludzie.
— Ich wódz Montezuma, co po indyjsku znaczy „bawoła nerka“, po upływie tygodnia zebrał nas wszystkich na leśnej polanie i oznajmił, że bardzo lubi Polaków. Utrzymywał, że ojciec jego był Polakiem, brał udział w powstaniu 1863 roku i, uciekając przed prześladowaniem Rosjan do Ameryki, po burzy, która zatopiła okręt i wszystkich jego towarzyszy, został wyrzucony na brzeg wyspy. Odwagą swą tak zaimponował Irokezom, że obrali go swym wodzem. Ożenił się później z piękną Indjanką i spłodził Montezumę.
— Dziwne, przysięgam Bogu — mruknął nieznajomy. — Cóż dalej?
— Dalej oznajmił Montezuma, że jest już stary i niezdolny do władzy i chciałby, żeby plemieniem jego rządził Polak.
— Który z nas ma panować, miała zadecydować jego młoda żona.
— No i „promyk słońca“, tak nazywała się żona Montezumy, wybrała jego, gdyż nago jest on bardzo ponętny — zakończył brunet, wskazując na kolegę.
Ów skromnie opuścił oczy.