Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ryw wichru zmiatał nas z pokładu i trzeba było zaczynać na nowo.
— Żagle się darły, a maszty gięły, jak trzciny. 
Panie, co to była za burza!
— Psia kość — mruknął nieznajomy — to była
 rzeczywiście wyjątkowa burza, przysięgam Bogu.
 No i jakże, panowie, daliście sobie radę z tym sztormem?
— A, no, jakoś przeniosło — zabrał znów głos 
brunet — rozbiliśmy się wprawdzie na miazgę o skaliste brzegi jakiejś nieznanej wyspy, ale nie 
utonął nikt. Bóg zachował.
— Statek jednak zatonął — dodał gruby.
— Jakto, szkolny statek zatonął? — zdumiał się
 pan w cyklistówce — na czemże panowie teraz po
płyniecie?
— Ach, panie — poruszył się niecierpliwie chu
dy — zatonął, ale tylko do połowy. Wkrótce po katastrofie wypompowaliśmy wodę, która się dostała 
do wnętrza, i popłynęliśmy dalej.
— Gdzież panowie dopłynęliście wkońcu?
— Do Ameryki nie dopłynęliśmy, nie pozwoliły 
wiatry przeciwne. Trafiliśmy znów na jakąś wyspę, 
zamieszkałą przez dzikich Indjan, plemienia Irokezów.
— Toście panowie wpadli, przysięgam Bogu!