Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


narze nowoprzybyłego, widać było, że obecność
 jego jest dla nich bardzo nieprzyjemna.
Jeden z nich, naprzeciwko którego usiadł ów
 pan w cyklistówce, wysoki, chudy brunet, zmierzył
 nieznajomego pogardliwym wzrokiem od stóp do
 głów, spojrzał mu w oczy i odezwał się:
— Hm… tak.
— Pan cywil jest, hę?
Vis â vis spojrzało na mówiącego zdziwionym
 wzrokiem i nic nie odpowiedziało.
— No i cóż się pan patrzysz — ciągnął dalej wy
soki marynarz, — widać przecież, że jesteśmy mary
narze, a nie szczury lądowe, tak, jak pan.
— Widzę, widzę — odrzekł, uśmiechając się pan 
w cyklistówce; — panowie są ze Szkoły Morskiej.
— Tak, jesteśmy uczniami oficerskiej Szkoły
 Morskiej.
— Panowie teraz jadą na statek, w próbną po
dróż?
— Pan skąd wie?
— Tak mi się zdaje.
— No, to dobrze się panu zdaje, rzeczywiście 
udajemy się w podróż na Maderę.
— Ho, ho! Aż tak daleko?
— Cóż to jest Madera? To nic nie jest — zabrał
 głos towarzysz chudego marynarza, gruby, rumiany