Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Motto:  Mówił Sindbad żeglarz wspaniały:
 „Opowiedziałem wam tedy wszystko, 
co było i czego nie było, nie na to
 bowiem dał Ałłach mowę ludziom, 
aby mówili prawdę. On ją zawsze
 rozezna, a więcej go nic nie ob
chodzi“.
(Makuszyński — „Ósma podróż żeg
larza Sindbada“).

W Tczewie, do przedziału drugiej klasy pociągu, 
 pędzącego do Gdyni (bez żartów, on naprawdę szyb
ko jechał), wsiadł skromnie ubrany człowiek 
w czapce sportowej na głowie. Lat miał około trzy
dziestu.
Oprócz niego w przedziale znajdowała się jakaś 
młoda, elegancka kobieta i dwóch marynarzy w wie
ku od lat osiemnastu do dwudziestu dwóch.
Na czapkach ich, leżących na półce, widniał na
pis: „Szkoła Morska“.
Byli to świeżo upieczeni uczniowie oficerskiej 
Szkoły Morskiej. Po krótkim urlopie, otrzymanym po zdaniu egzaminów wstępnych, jechali oni do
 Gdyni na szkolny statek, ażeby odbyć pierwszą, 
próbną podróż morską.
Po spojrzeniach, które rzucali na siedzącą na
przeciw panią, widać było, że starali się już nawiązać z nią rozmowę, lecz, niestety, bezskutecznie.
Zaś po minach, jakiemi powitali młodzi mary-