Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


blondyn — to jest tylko pierwszy etap podróży.
 Później płyniemy do Indyj, do Bombaju.
Chudy raptownie drgnął i spojrzał ze zdumieniem na kolegę.
— Tak, tak, tak — kontynuował grubas, rzucając 
zabójcze spojrzenie na towarzysza — do Indyj, a później do Chin i Japonji.
Piękna pani poruszyła się z zaciekawieniem
 i spojrzała po raz pierwszy uważniej na młodych marynarzy.
Nieznajomy też zrobił ruch, wyrażający niekła
mane zdumienie, i mruknął:
— Ho, ho! To daleko, przysięgam Bogu!
— Cóż to jest zresztą Japonja, proszę pana, to
 nic nie jest. Są tam wprawdzie tajfuny, bardzo nie
bezpieczne dla okrętów, ale cóż to jest tajfun, to
 nic nie jest, proszę pana.
— Ot, w poprzedniej podróży, przy wybrzeżach 
Ameryki południowej, złapał nas straszliwy sztorm. 
Panie, co to był za sztorm! Fale wzbijały się do wysokości siódmego piętra, wiatr był taki, że pory
wał nas z pokładu, niósł paręset metrów w powietrzu i rzucał w odmęty morskie; jaki to szalony
 trud, panie, dopłynąć po wzburzonem morzu zpowrotem do statku i poco? — następny wściekły po-