Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przezwycięży strasznej swej dumy pogrążył się w niej z rozwagą, trzeźwo, z zimnem okrucieńtwem dla siebie samego. Począł roztrząsać wszystko od początku do końca.
— A więc tak — myślał Jan — była sobie Marja i byłem ja. Dwoje takich małych pędraków. W piasku się razem pędraki bawiły, psy wiejskie do spółki kamieniami ganiały. Wesoło im było ze sobą. Dobrze. Nikt wtedy i uwagi nie zwracał na Marję. Nikogo ona nie obchodziła. Brzdąc taki mały. Ja jeden tylko przestawałem z nią ciągle, lubiłem tego małego szkraba. No i ona też wołała mnie przecież od innych dzieci wiejskich. Dobrze. Pięknie. Podrośliśmy zatem. Oczywiście i zabawy się zmieniły gwałtownie. Mąż i żona. Lubiła ona tą grą się zabawiać. Garnki, znaczy, rondle, pieluchy, dziecko uczynione z traw morskich, a ja wyprawy przedsiębrałem rybackie na desce o dziesięć stóp od brzegu. Wracałem po kilku minutach; radość, oczywiście, łzy, uściski, tak jak dorośli zupełnie. No, ot. Podrośliśmy jeszcze trochę, a więc i spacery się zaczęły po brzegu i do lasu. Przy księżycu, oczywiście. Jakżeby inaczej? Należało przecież robić tak jak dorośli. Rżnęli nas, pamiętam, w skórę, jak w bęben, za te nocne wyprawy. Ale nic — trwaliśmy przy swojem. Niebawem i polep-