Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ślach jego brzmiały nieustannie piękne, czarowne pieśni. Muzykiem był młoda Szorda. Muzykiem szczerym, prawdziwym, oddanym sztuce swej duszą i ciałem. Był dyletantem. Nie znosił utworów znanych, przegranych i prześpiewanych przez świat cały splugawionych pogwarem sal koncertowych i szumem wielkich miast co obnosiły je na ustach nieczystych po swych rozwrzeszczanych, hałaśliwych ulicach. Nie znosił tonów i dźwięków co nie były tylko jego własnością, lecz dobrem publicznem, dostępnem każdej małej, głupiej i ciasnej duszyczce. Krótko mówiąc młody Szorda był kompozytorem nieuznanym przez nikogo, twory swej bujnej muzycznej fantazji chowający tylko dla siebie i Boga, któremu te dzieła krwi, mózgu i nerwów składał w podzięce za piękno, które chłonął duszą artysty. Wszystko, co chłopak widział, słyszał i czuł zaklinał natychmiast w tony skrzypiec. Dziwaczne to były melodje. Nie lubił i nie słuchał ich nikt. Raziła w nich niesamowitość jakaś, dziwactwa najwymyślniejsze, zaniedbanie całkowite najelementarniejszych kanonów muzyki, brak rytmu, tempa, pauz, harmonji. Nikt nie rozumiał i nie mógł zrozumieć, że z poza potwornych okresów melodji, z poza dźwięków fałszywych i dzikich wyziera zaklęta w ton muzyczny jutrzenka promienista wynurzająca