Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się z bieli pian morskich, kształt fantastyczny chmury czarnej, drganie rytmiczne upalnego powietrza w południe, urok krwawych barw zachodzącego słońca. Nikt nie wyczuwał wśród muzycznych herezji krzyku mew żałosnego, grzmotu i łyśnięć błyskawic, łopotania żagli, szmeru łagodnego wiaterku lub wycia wichury, trzasku masztów i rej.
Ktokolwiek słyszał te dziwactwa to słuchał ich uchem nie duszą. Dlatego też nikt nie rozumiał tego, co przez grę swą chciał powiedzieć młodzieniec. Gra to była wstrętna i dokuczliwa dla wszystkich jednakowo. Najbardziej jednakże nie lubił jej stary Szorda. Ona właśnie była tym elementem w duszy syna, groźnym, niezrozumiałym i wrogim dla ojca. Bał się jej i walczył z nią już oddawna stary kapitan.
Rozpoczęła się ta walka wzgardliiwem skrzywieniem ust, gdy po powrocie z długiego rejsu do domu ujrzał był skrzypce w ręku małego synka. Zapytał wtedy swej młodej żony, urodziwej exśpiewaczki szynków i zaułków portowych — coby to miały znaczyć skrzypce w ręku jego syna, w ręku syna marynarza? Odpowiedziała, że chce by syn jej znał, rozumiał i kochał muzykę tak, jak kochała ją ona sama.
— Bzdury! — tem jednem słowem Szorda, kapi-