Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i wezwał Banabaka do siebie. Załoga otoczyła ich ciasną obręczą.
— Tak znaczy, dlaczego dziś nie było obiadu? — zadudnił kapitan Mamertyński, zwracając się do Banabaka.
— Skradziono, panie kapitanie, puszki z mięsem — ledwie wyjąkał trzęsący się ze strachu Banabak.
Czerwony od gniewu „Mamert“ posiniał z wściekłości. Z gardła jego dobyło się jakieś nieludzkie charczenie, a potem lunął gwałtownie potok wyzwisk, przekleństw i obelżywych słów.
— A...a...a...a...a... psie syny! Czuchna parszywe! — ryczał olbrzymi kapitan tupiąc nogami w deski pokładu. — A — a — a — złodzieje! Wielorybie ogony! Kraby pryszczawe! Kradniecie prowiant przed przybyciem do portu?! Żeby go później sprzedać w jakiejś knajpie?!! Złodzieje! Sukinsyny! Mać waszą w ślepia raczym ogonem!!! Pod sąd was oddam złodzieje! A...a...a... A...
Mamertyński opanował się znagła i po chwili już spytał spokojnie:
— Tak znaczy, którzy skradli? Przyznać się bez bicia!
Załoga milczała. Mamertyński powiódł wzrokiem