Strona:Jerzy Szarecki - Czapka topielca.pdf/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głowę. W świetle księżyca przenikającem przez iluminator u góry ujrzał na środku kambuza Rosjanina i Greka. Obydwaj zgarniali ze stołu w poły bluz puszki mięsnych konserw przygotowane do obiadu na dzień następny. Banabak zerwał się z płyty.
— Co robicie — krzyknął w rozpaczy — te puszki są wydane przez kapitana na jutro. Więcej już ich od niego nie dostanę!
— Milcz! — syknął nań tylko Syroj zgarniając puszki ze stołu.
— Obiadu jutro nie będzie! — płakał Banabak.
— Milcz, duszo moja, bo cię tu zaraz zniewolimy — z lodowatym spokojem oświadczył Grek.
Banabak ogarnięty przerażeniem z głuchym jękiem wcisnął się w kąt kambuza i milczał. Słychać było tylko, jak pośpiesznie i trwożnie łomotało jego serce.
Napastnicy dokonawszy rabunku tak samo cicho, jak weszli wyślizgnęli się z kuchni. Banabak siedział skulony w swym kącie i jarzącym się wzrokiem patrzał w mrok kambuza.
Nazajutrz załoga nie dostała obiadu, powstał groźny rozruch i oto wieczorem po opuszczeniu bandery kapitan Mamertyński zeszedł na śródokręcie