Strona:Jerzy Liebert - Poezje.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Lecz z pod dachu serce wyjrzało;
 Nie odegna dziś matka lęku,
 Inna bojaźń przyszła i trwoga,
 Gdy Dzieciątko urosło w Boga.
— Co czynić? Wszystko za mało.
 Dłoń Twoja jak prawo twarda.
— Niebo w słowie czekać kazało.
— Lecz dla słowa rośnie pogarda.
 Ręce proszą o czyn dzisiejszy,
 Ręce od słowa silniejsze.
— Ręce z serca podjęły sile,
 I dla słowa pogardy nie miej:
 Słowa z serca i kłosy z ziemi.
 Jednakowo Bogu są miłe.
— Więc kiedyż na świecie Bóg da mi
 Przymierze ręki ze słowem?
— Kiedy słowo dotkniesz rękami.
— Czekałem od Ciebie pokoju.
— A jam cię napełnił szczękiem.
— Myślałem, że Twoje objęcia
 Są jak mięta wonne i miękkie.
— A trawy zadały cięcia.
— Myślałem, że jak rzeki czyste,
 Niezatrute potoki ojczyste,
 Dasz mi wodę przaśną i słodką.