Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/381

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

355

dość sił, aby pochwycić szkarłatne serpentyny, które na nie słońce zarzucało.
A tymczasem kamuszki, rozrzucone wzdłuż zoloju, śpiewały cichemi, krystalicznemi głosikami:
— Panie! Byłyśmy wszystkie ciężkiemi, olbrzymiemi głazami i zdawało nam się, że waga nasza ma w świecie wielkie znaczenie. Byłyśmy dumne, ale w sercach naszych nie było radości. Dłonią wszechpotężną raczyłeś nas, głazy twarde i szorstkie, strącić w głębiny swego stworzenia. I oto stałyśmy się małe i lekkie, a przez to zwinne jak ryby, a lotne jak ptaki. Dzięki Ci, Wielki Panie, iżeś nas starł na proch i uczyniłeś nas równemi maluczkim. Albowiem przez to w małości poznałyśmy twą nieskończoną wielkość. Nic istotnego z nas nie ubyło, a tylko przybyło nam duszy.
Leżymy tu teraz, w godzinie wschodu, na purpurowym zoloju, słuchając mnogo głośnej pieśni żywicznego lasu i ciężkich westchnień fal znużonych. Wyłonione przez ziemię z tajnych i ciepłych jej wąpi, głazy ciężkie, znamy odwieczną opowieść Ziemi i rytmiczną Pieśń Morza. Przeszłyśmy przez wszystkie srogie prawa, z których rodzą się kryształy, a skrystalizowawszy się ku chwale twej, a swemu szczęściu i błogości, dążymy do sproszkowania się.