Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/380

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

354

stał i morze poskromione legło u stóp lądu, nie znały go już i nie śmiały się doń odzywać, jako do tego, który pozostawszy na lądzie — przestał należeć do morza, a stał się własnością lądu.
Ale to nic.
Bo właśnie wschodziło słońce, tak cudne, jak tylko może być po burzy. Jego czerwone promienie padły na „zoloj“, to jest to miejsce między strądem a morzem, po którem fale biegają, i zamieniło go w purpurową wstęgę, usypaną różnobarwnemi, świecącemi kamuszkami i muszelkami, białemi, błękitnemi, różowemi i lila, zgoła, jak kwiatuszki polne. Od strony lasu, rosnącego za wydmami, szedł śpiew dziękczynny, połączony z kadzidlaną, balsamiczną wonią żywicy. Od strony morza dolatywał cichy, stugłosy chór srebrnozielonych tobijaszków, które, na momencik mogąc wyrwać się z piasków przydennych na słońce, dziękowały za to Stwórcy. Zdyszane fale, ciężko przylegając do schłostanych piasków strądu, wzdychały miarowo. Czuło się, iż są zadowolone, że nareszcie trafiają na coś, o co mogą się bodaj na sekundę oprzeć. Były pobielałe od całonocnej gonitwy, a za lada zderzeniem wydzielały z siebie pianę gęstą jak śmietana. Były tak wyczerpane, że mimo gorejącego wschodu słońca rzadko która miała