Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/372

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wzrasta w nim siła, rozmach uderzenia i rozpęd. Przerażony tem, znowu odskoczył, i w tej chwili stała się rzecz dlań niepojęta. Nigdy jeszcze — a przecie walczył nieraz — nie uczuł się tak lekkim, zdolnym do ataku i chciwym go; nigdy jeszcze nie miał takiej pewności zwycięstwa. A naprzeciw niego wciąż biegła łódź, wysuwając naprzód dumnie przednią „stewę“[1]), jakby przekonana, że ta jej pierś jest nie do zgruchotania.
Jakby ogień w nim jakiś rozgorzał, zerwał się nagle i nieomal wyskakując z wody, całym rozpędem i całą siłą swego niezłomnego ciała, gruchnął prosto w stewę.
Coś chrupnęło i łódź w mgnieniu oka pochyliła się nosem naprzód, i zadarłszy ogon, zaczęła tonąć.
Zawstydzony i przerażony swym uczynkiem Kamień Podróżnik odbił się od burty łodzi i usunął się na stronę. Widział, jak rybacy w bacie pośpiesznie ściągają z nóg skorznie i zrzucają z siebie grube ubrania, widział, jak obwiązują się lejprami, gdy wtem łódź przechyliła się gwałtownie wtył, i znajdujący się na niej ludzie padli.

Co się stało potem, nie wiedział, bo chichocące złośliwie fale poniosły go naprzód. Raz tylko mignął mu się bat z tyłem głęboko zanu-

  1. Sztaba w przodzie łodzi.