Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/373

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzonym w wodzie i z zadartą do góry przednią stewą.
Smętnie i z bólem serca to zdarzenie wspominając, wędrował dalej, póki wreszcie fale nie przygnały go do niezbyt głębokiej beki wpobliżu brzegu nieznanego lądu. Tam leżał, rozmyślając nad wypadkami ostatnich czasów, w dzień ciesząc się sączącem się nań przez zielone fale złotem jak miód światłem słonecznem, w nocy zaś wdzięcznem sercem myśląc o białych światłach dwóch latarń morskich, których długie, jasne ręce pieściwie z obu stron gładziły jego stroskane czoło. Bolało go, co mimo woli zrobił.
Aż przyszedł dzień, w którym w głębokościach morza doszła go czarowna, słodka muzyka dzwonów. Przez ciche morze widział, iż niebo jest błękitne, a słońce na niem złote. Przypomniał sobie, że właśnie gdy tak było na niebie, w Utklippan, z czerwonych śpiczastych wież dwóch kościołków również rozlegała się taka muzyka. A wtedy na górę do akademji koralowoczerwonych głazów przychodziły młode, strojne dziewczęta z chłopcami, i cała ta młódź śmiała się, żartowała, śpiewała tak, że nawet głazy czuły, iż na świecie jest jakieś wielkie, dobre święto.
To wspomniawszy, Kamień Podróżnik zrozumiał, iż na lądzie prawdopodobnie dzwony grają na śpiczastych czerwonych wieżach i że