Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/370

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dził zwycięsko. Niejednego zelinta zdarzyło mu się palnąć w nos tak szczęśliwie, że rabuś morski szedł natychmiast na dno. Ale dziś morze było ciche, i Kamień Podróżnik nie mógł się z dna ruszyć. Więc patrzył.
A gdy tak patrzył, zdziwiło go, że choć Kawaler Mórz rzuca się i miota, na foce nie robi to najmniejszego wrażenia, przeciwnie, raczej drażni jej apetyt. Wogóle zelint zachowywał się tak, jakgdyby miał prawo robić to, co robi.
I tu Kamień Podróżnik zrozumiał:
Zelint miał istotnie prawo zjeść Kawalera Mórz. Kawaler Mórz miał prawo zjeść śledzika. Pomuchel ma prawo zjeść drugiego pumuchla. Głód musi być nasycony. Noc zjada słońce, słońce zjada noc. Takie jest Prawo, i niewątpliwie jest ktoś, kto zjada zelinta. Prawdopodobnie człowiek, bo przed nim zelint zawsze ucieka. Choć i to nieprawda, bo zuchwały zelint nieraz szczeka na człowieka i pokazuje mu na wodzie różne sprosności, a człowiek nic.

Kamień Podróżnik nie wiedział, że człowiek tylko dlatego nie strzela do zelintów, że postrzelone idą na dno i przepadają bez użytku. Gdyby jednak wiedział, ile „sealskinów“[1]) człowiek ma w użyciu, zrozumiałby, że jest ktoś, kto zjada zelinty. Hierarchiczny

  1. Skór fokowych.