Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


część ciała zelinta, to jest w nos. Mimo to zelint nie odstępował swej ofiary tak długo, póki nie udało mu się objąć jej przedniemi odnóżami i wgryźć się w brzuch. Wówczas pokręcił głową i silnie szarpnął. Na biały pancerz pociekła czarna krew, ciało zwisło i zelint zaczął obgryzać je żywcem. Konający Kawaler rzucał się jeszcze chwilami w konwulsyjnych podrygach, ale skutecznego oporu już nie stawiał. Zelint jadł wygodnie, chłepcząc krew, mlaszcząc, pomrukując i sapiąc. W pewnej chwili doleciało go dalekie skowyczące szczekanie. Odpowiedział rozgłośnie, triumfująco, z radością w głosie.
— Tamci też jedzą! — mruczał. — Dobra dziś noc!
Wiszące wpobliżu na haczykach łososie, widząc, co się dzieje, rzucały się i miotały, jak szalone, ale zelint nie zwracał na to uwagi. Po pewnym czasie, gdy z naszego Kawalera została tylko głowa, spokojnie zabrał się do drugiego łososia.
A Kamień Podróżnik leżał nieruchoma na dnie i patrzył obojętnie.
W pierwszej chwili na widok tego, co się dzieje, ścięła się w jego żyłach wszystka srebrnobłękitna krew. Było mu strasznie żal Kawalera Mórz. Gdyby mógł, zmiażdżyłby zelinta. Czasami wcale skutecznie mieszał się do takich walk, z których zresztą zawsze wycho-