Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/368

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ujrzawszy dyndające na haczykach łososie, ociekający wodą zwierz mruknął radośnie:
— I jak tu wątpić o istnieniu Boga? Wszak ci to On stworzył rybaków, którzy łowią dla nas łososie, bo dla kogoż innegoby to robili? Czczą nas i szanują, co jest słuszne, bo to się nam należy i dlatego zastawiają dla nas mance na tłuściutkie bretlinżki i delikatne śledziki, haczyki na soczyste fląderki i takle na sytne, tuczne, jędrne łososie. A nie należy zapominać też o żakach, w których gromadzą dla nas przepyszne węgorze. Ty zaś, kochany bracie zelincie, hulaj sobie po szerokiem morzu i patrz tylko, gdzie rybacy pracują, a potem wybieraj najsmaczniejsze kąski.
To rzekłszy zelint zbliżył się do naszego łososia, obejrzał go dokładnie, i sapiąc z zadowolenia, chciał się doń zabrać.
Ale wówczas napół ubezwładniony wisielec zrozumiał, co mu grozi, i postanowił się bronić.
Pozostała mu jedyna broń — ogon, w którym łososie są bardzo silne.
To też gdy zelint już chwytał za łososia, ten strzelił go ogonem w pysk z taką siłą, że aż daleko w morzu mlasnęło, a przerażony zelint dał w pierwszej chwili nura. Wyskoczywszy z wody, znów rzucił się na Kawalera. Posypały się policzki, jak z rękawa, a błyskawiczne jego uderzenia wymierzone były w najczulszą