Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/356

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Naraz krzyknęła wielkim głosem norda. Ogromna masa lodu drgnęła i popędziła na południe. Posuwała się milcząca, lecz groźna, tak że statki na jej widok zaczynały wrzeszczeć przeraźliwie, i natychmiast zawróciwszy, zmykały. Zdaleka mogło się zdawać, iż to straszny zastęp białych, milczących rycerzy idzie morzem na podbój świata.
Pokazał się ląd: wysokie, strome, skaliste wybrzeże. Lody, uderzywszy o nie z niemałym hukiem, przywarły do niego i stały, nie mogąc się ruszyć, parte nordą. Gdy słońce zaszło i z nadbrzeżnej latarni morskiej trysnęły silne snopy elektrycznego światła, przyszedł wiatr północno-zachodni. Wówczas masy lodów zaczęły się posuwać ku wschodowi, poczem obsunąwszy się, szły dalej, wciąż wzdłuż lądu, na południowy wschód. Koło północy wiatr znowu się zmienił. Dmuchnął nord-ost tak przeraźliwie zimny, że nawet Kamień Podróżnik zapiszczał na swej bryle lodowej. Góry lodowe szły coraz wolniej, woda dokoła nich gęstniała, wkońcu wszystko stanęło. Tylko mróz cisnął coraz silniej.
I stała się cisza tak uroczysta, tak głęboka, że aż w uszach od niej dzwoniło.
Kiedy nastał dzień, blady pod ołowianem sklepieniem niebios, przygaszony, zgnębiony, Kamień Podróżnik, przymarznięty do swej gó-