Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/357

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ry, ujrzał, że morze daleko — szeroko zamarzło. Widział też niskie w tem miejscu, śniegiem przysypane wydmy nadbrzeżne, kilkanaście czarnych sosenek i tryskające z kominów dymy, białe na ciemnem tle chmurnego nieba. Pokazywali się też i ludzie. Wyszedłszy na wydmy w pierwszej chwili, stawali, jak oniemiali. przerażeni tą martwą ciszą, widokiem gór lodowych i zamarzniętego morza. Kiwali głowami, wzruszali ramionami, wskazywali ręką na morze, rozmawiali. Potem młodzi zaczęli próbować mocy lodu, grubości i czy ich udźwignie, a kiedy pokazało się, że tak, próbowali wśród wesołych okrzyków wejść na szczyty gór lodowych. Gdy się im to nie udawało, pobiegli do domu Po „bierdżadła“ i beki, przy pomocy których łatwiej było utrzymać się na lodzie. Za rybakami przybiegły też i dzieci, podobne do krasnoludków w swych pstrych ubrankach i szlafmycach z fontaziami. Wszystko to rzuciło się do ataku na góry lodowe, które wkrótce zaroiły się wesołą młodzieżą.
Po kilku dniach mróz zelżał, lody na morzu spłynęły, Kamień Podróżnik wrócił na dno i wędrował w dalszym ciągu. Widział nanizane na wędki, przywieszone do sznurów długości kilku kilometrów, fląderki — serduszka morskie, trzepocące się na połkniętych haczykach. Jakiś czas spędził przytulony do