Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sie też się na nie rzucały. Ale one sobie z tego nic nie robiły, bo przecie były ich niezliczone miljony. Idąc ogromną zbitą ławą, ku krajom rozluźniały swe szeregi, tak że na skrzydłach szły już tylko szprotki „dzikie“, a cały ten pochód odbywał się nadzwyczaj wesoło, lekkomyślnie, nieporządnie i kapryśnie. Szprotki nie wiedziały nigdy, czego chcą, dokąd idą i poco. Ciągnęły cały dzień z wodą, a wieczorem zatrzymywały się i spały, wisząc w wodzie ogromnym, gęstym, cichym obłokiem.
Raz znów wychynął Kamień Podróżnik na powierzchnię wody. Było to zimą i po morzu pływały wielkie tarcze lodu. Burza wyrzuciła go na jedną z nich i oto głaz znów ujrzał niebo czarne, srebrne gwiazdy na niem i jasny księżyc. Od jego światła całe morze płonęło łuną srebrzystą, w której skakały wielkie bryły lodu, białe jak duchy. Powietrze było mroźne, rześkie. Daleko widać było światła płynącego statku, a po niebie miarowo przesuwała się świetlna smuga — prawdopodobnie z jakiejś bardzo oddalonej latarni morskiej.
Płynął tak kilka dni, poczem wioząca go bryła lodu stanęła, a całe morze zamarzło. Porobiły się na niem ogromne góry lodowe, Zębate grzebienie i szczyty, dziwaczne groty. A wszystko to iskrzyło w dzień, jęczało w nocy, gdy wiatr się zrywał.