Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pół dnia drogi! Pół dnia drogi!
I poleciały daleko, gdzieś za Kaczy Ok, na nadbrzeżne torfiaste pażyce, między pasące się krowy i barany.
— Pół dnia drogi! — rozmyślał głośno Viking, gdy mu Mjewa powtórzyła, czego się dowiedziała od szpaków. — Możebym i przeleciał, gdybym sobie mógł dobrze podjeść, posilić się należycie. Wiatr dobry. poleciałbym razem z nim.
Była wiosna. Od dłuższego czasu już rybołówstwa żadnego nie było, bo łosoś dawno już nosem uderzył o strąd i poszedł. Morze zrzadka tylko coś tam wyrzuciło, tak że Wiking głodował wraz z Mjewą. Niewiele było prawdopodobieństwa w tem, że udałoby się coś znaleźć, mimo to Mjewa natychmiast poleciała nad zatokę z niezłomnem postanowieniem zdobycia żywności za wszelką cenę.
Lecąc myślała z radością o tem, że wreszcie nadeszła chwila, w której wraz z orłem puści się w daleki lot do nieznanych krajów. Odkąd poznała Wikinga, myślała o nich tak wiele, że zatoka rodzima straciła dla niej wszelki urok. Zapomniała nawet o smukłej białej latarni Rozewskiej z brylantowem światłem, którą kiedyś kochała. Cały otaczający ją świat pobladł w jej oczach i jakby obumarł, jedynie zaś żywe było to dalekie Nieznane...