Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nad zatoką nie znalazła nic. Ani jednej rybki. Wobec tego przeleciała nad półwyspem na strąd. Szukała długo napróżno, wreszcie ujrzała na piasku srebrną rybkę. Przez chwilę wisiała nad nią w powietrzu, trzepocąc skrzydłami i przyglądając się jej podejrzliwie. Ale myśl o konieczności posiłku przed wyruszeniem w daleką drogę zwyciężyła. Mjewa opuściła się na piasek i w tej chwili — pętla ścisnęła jej nóżki. Chciała się zerwać do lotu, co siły biła skrzydłami powietrze.
Wówczas Mjewa zaczęła krzyczeć głośno, głośno, głośno i żałośnie. Opłakiwała tak nie swe życie, nie rozstanie się z krajem rodzinnym, jego smutkiem słonecznym, dzikiemi sztormami i pląsami cichemi nad szemrzącemi śpiewnie falami, lecz skon swych marzeń, zmierzch świata młodego, który stworzył w jej duszy ptak, jak orla myśl wspaniały.
I wtedy właśnie ujrzała na niebie szeroko rozpostarte skrzydła Wikinga. Płynął na nich powoli ruchomym gościńcem powietrznym, kierując się na południowy zachód. Mjewa krzyknęła, ale orzeł krzyku tego nie dosłyzał, albo nie dbał oń, bo na ptaka w potrzasku nawet nie spojrzał. Co mu znaczą krzyki mew szamocących się w nadbrzeżnych klepcach, co mu ta cała wrzeszcząca hołota, uganiająca za cuchnącemi rybami! On,