Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czyło „pędraki“ i „nicponie“. Nic dziwnego, że się szpaki obraziły i zaczęły wodzić Mjewę za nos, dokładnie mówiąc — za dziób. Ile razy Mjewa zbliżała się do nich, zrywały się i, chichocąc, zwartym szykiem odlatywały dalej.
— Pewien wielki pan pyta was, jak daleko do najbliższego kraju na południe stąd! — wołała, goniąc za szpakami.
— Jaki pan? Jaki pan? Jaki pan? — sypały się zewsząd ciekawe pytania.
— Wielki pan! — zapewniała Mjewa.
— Niech przyjdzie sam! Niech przyjdzie sam! — krzyknęły szpaki, i zerwawszy się, odleciały zwartą chmurą, tak że w powietrzu aż zafurkotało.
— Nie może przyjść! — wołała Mjewa, lecąc za niemi. — Jak daleko do najbliższego kraju?
— Masz go tam! Masz go tam! — śmiały się szpaki, wskazując na drugi brzeg zatoki.
I znowu poleciały dalej.
— On musi lecieć na południe — tłumaczyła Mjewa głosem zdyszanym, bo zmęczyło ją to uganianie za ptaszkami.
— Ach! Ach! Ach! Ach! — zaświergotały domyślne ptaszki. — Musi lecieć na południe! Ach! Ach! Orzeł! Orzeł! Orzeł! Król! Król!
Zawirowały w powietrzu, gdzie się zcicha naradzały, a potem zaśpiewały chórem: