Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z ogona nie wyrwał czarny Dudek, złośliwy pies Kuśtyka, nie mówiąc już o wiecznie napastliwej Szneli i podstępnej, chytrej Foce Szomborga Ignaca.
Wiking coś tam dzióbnął, a potem zasnął, Mjewa zaś, na gałęzi usiedzieć nie mogąc, dziwną siłą gnana, poleciała nad Mulmjerz.
Było to już popołudniową godziną. Briża była ostowa i pędziła na zatokę czarne chmury, ale od westu padały na zatokę czerwone strzały słoneczne. Od Helu wracały łodzie rybackie, ciężkie, lecz radosne. Ludzie na nich wytrząsali srebro z sejców, a żegła się śmiały. „Po drugiej stronie“ widać było wiecznie szafirowy brzeg, po tej stronie na „benno“, świeciły koralowe wioski, zielona trawa i złoty piasek. Ponad tern wszystkiem, ponad cicho biegnącemi łodziami, różnobarwnemu sweterkami dzieci, ponad ognistemi błyskami okien chat rybackich, ponad staremi głowiskami rozkwitających kasztanów leciała, głośno i radośnie krzycząc, Mjewa, a śpiew jej był tak donośny, iż zdziwiło się wszystko, co żyło na półwyspie, na obu morzach, a przedewszystkiem rozliczne gatunki mew, których, powtarzam, mamy na tem morzu przeszło dwadzieścia.
— Oszalała ekscentryczka! — kwakały kaczki.
— Marnuje się! — mówiły sobie mewy.