Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lasem, skutkiem czego opuścił się zbyt nisko i piersią uderzył o ostrą, suchą gałąź. Rana była niebezpieczna, nie pozwalała ani na dalszy lot, ani na zdobywanie żywności.
Wiking słaniał się na swej gałęzi z wyczerpania i drzemał.
Mjewa patrzyła weń zachwycona.
Mimo ran i osłabienia widziała w nim wspaniałego rycerza wędrownego, którym był istotnie. Nie marzyła nawet o tem, by zbliska móc patrzeć na tak wzniosłą tragedję. Wiedziała, co to męka konania, bo ją widziała.
— Siostrzyczki moje! Siostrzyczki białe! Siostrzyczki! Siostrzyczki! Siostrzyczki! — zakwiliło jej w serduszku.
Wiking zwrócił ku niej wspaniałą głowę, z pod napół spuszczonych powiek strzelił silnem spojrzeniem złocistych oczu i rzekł:
— Umieram!
Tak bywa i musi być. Na każdego przychodzi kolej. Ale Mjewa zaczęła myśleć. I powiedziała sobie, że trzeba ratować. Klasnęła tedy skrzydłami i poleciała nad Mulmjerz, gdzie na wybrzeżu dymiły wędzarnie, a wozy, zaprzągnięte w łaciate krowy, zwoziły centnary szprotów. Pod wędzarniami stały kipy odpadków, skąd kobiety miały je wziąć na karm dla świniaków. Mjewa porwała parę szprotek i pomknęła z niemi ku orłowi. Omal że jej przy tej sposobności piór